Różne były powody, które sprowadziły nas na warsztaty o nazwie „Manifestacja cudów.” Ktoś liczył na to, że stanie się cud i zostanie uzdrowiony z trapiącej go dolegliwości, bądź też nauczy się, jak tego cudu dokonać samemu, ktoś był zwyczajnie ciekaw, jaki to cud można będzie zobaczyć. Przeważnie jednak zgromadzili się na tych zajęciach ci, którzy przychodzą na wszystkie kursy prowadzone przez Antoniego Przechrztę oraz ci, którzy czuli potrzebę wspólnej medytacji i duchowego przeżycia. Mnie zaintrygowało śmiałe pytanie sformułowane w ulotce informacyjnej: czy gdyby po głębokiej analizie zastosować w praktyce techniki uzdrowicielskie i cudotwórcze Jezusa, to można by osiągnąć ten sam efekt, jaki on osiągnął? O Jezusie się mówi, że był wcieleniem Boskiej Miłości, i że to właśnie Miłość uzdrawiała przez niego. Wypadałoby zatem chyba spełnić przede wszystkim ów warunek: być ucieleśnieniem Boskiej Miłości. Czy my ten warunek spełniamy?

Droga pod górę

Pierwszy dzień poświęcony był samopoznaniu. I słusznie. Czy można rządzić żywiołami, nie wiedząc, kim się jest i jakie się ma możliwości? Czy może zapanować nad materią świadomość człowieka, który uważa siebie za niedoskonałego, słabego, niegodnego, nie zasługującego na dobro, noszącego w sobie poczucie winy z tego czy innego powodu? Jeżeli Jezus ucieleśnił Boską Miłość, to znaczy, że nie było w nim miejsca na strach i wątpliwości. I nie będzie tu argumentem zwykłe w takich momentach stwierdzenie: „Jezus! Ale kim on był! Gdzież nam się z nim porównywać!” Wypada na to odpowiedzieć słowami samego Jezusa: „Będziecie czynić to, co ja czynię, a nawet większe jeszcze rzeczy”. Dlaczego zatem ich nie czynimy, tych rzeczy, które czynił Jezus? Zapytałam kiedyś pewnego siedemdziesięcioletniego mężczyznę, który kłócił się ze swoim starszym o dziesięć lat sąsiadem, strasząc, że zrobi mu krzywdę, dlaczego znęca się nad staruszkiem, choć uważa się za chrześcijanina. Przecież chodzi co niedziela do kościoła, słucha ewangelii i tego, czego nauczał Jezus Chrystus, żeby kochać bliźniego swego i wybaczać swoim wrogom. Dlaczego się zatem do tych nauk nie stosuje? Spojrzał na mnie szczerze zdziwiony i odparł, że to przecież historia, i że Jezus żył dawno temu, a więc to, co on mówił wówczas nie odnosi się do nas. Dziś są inne czasy. Słowem traktował on Jezusa jak czcigodną legendę, przed którą co niedziela przyklękał, ale to była dla niego już tylko sprawa wierności tradycji. Z jego aktualnym życiem codziennym nauki Jezusa nie miały nic wspólnego.

Przyszło nam zatem na tych zajęciach zadawać sobie podstawowe pytania, odpowiadać na nie, a potem wymieniać się swoimi spostrzeżeniami z innymi, dobierając się w pary. Wychodziły wówczas na jaw blokady, które uniemożliwiają nam samorealizację, osiąganie stanu, który uznalibyśmy za idealny, szukaliśmy swoich mocnych stron, definiowaliśmy cele, zastanawialiśmy się nad tym, co jest dla nas ważne. Czego chcę, zaczynając od siebie, poprzez najbliższych aż do reszty świata? Sporządzaliśmy mentalne mapy działania. Kiedy bowiem mam plan i wiem czego chcę, cały Wszechświat mi pomaga. Tak więc muszę precyzyjnie i klarownie określić, poprzez co mam swój cel osiągnąć, co konkretnie mam zrobić? Czy nie jest tak, że twierdzę, iż coś bym mogła robić, ale tak naprawdę to nie mogę, bo coś mnie ogranicza? Można poprosić o uzdrowienie ograniczeń, ażeby uniknąć walki. Zasadą albowiem powinno być, ażeby problemy rozwiązywać, a nie walczyć z nimi. Chodzi zatem o mądrą strategię. Skąd się biorą trudności? Z przywiązania do czynnika strachu – strach przywołuje emocję, a wtedy już nic nie działa. Sięgajmy zatem do duchowej mądrości.

Było też szukanie odpowiedzi na pytanie: dlaczego uważam, że to coś, czego chcę dla siebie, tak naprawdę mi się nie należy? Okazuje się bowiem, że choć na poziomie duchowym jesteśmy w stanie uwierzyć, że należy nam się wszelkie dobro, że zasługujemy na nie, to praktycznie postępujemy w sposób, który tej wierze zaprzecza. Zastanawialiśmy się, co nam zewnętrzny świat przydziela? Czy aż tak mało, czy też wystarczająco dużo, tylko my nie umiemy wziąć tego, co on gotów jest nam dać? Jak przekonać podświadomość, że tak naprawdę przeszkody są często przez nas wymyślane, a realnie nie istnieją.

Tak więc zajęcia płynęły torem psychoterapii i na dobrą sprawę właściwie zapoczątkowywały w nas proces duchowego uzdrawiania. Choć były także spektakularne zdarzenia zakrawające na cud – w każdym razie w pojęciu osób, które cierpiały długie lata uwikłane w swoje życiowe problemy, a tu one nagle zniknęły. Jeśli zatem po sobotnich zajęciach jedna z kobiet mogła w niedzielę rano wyznać, że uzdrowione zostały jej relacje z mężem i od dziś czuje się tak, jakby zniknęły ciężkie chmury pretensji, żalów i uraz, jakie wisiały nad ich związkiem od lat, to dla niej był to cud.

Zwykle nie jest łatwo uwolnić się od schematów, według których myślimy i odczuwamy, od stereotypów, które się gdzieś w nas zakodowały i nie pozwalają na siebie spojrzeć nowymi oczami. I tak naprawdę trzeba mozolnie budować to, co Antoni Przechrzta nazywa ekologią manifestacji. Taka ekologia to nie tylko przestrzeganie pewnych kanonów gwarantujących bezpieczeństwo przebiegu ćwiczenia czy medytacji, ale także ekologia wewnętrzna, a więc uczciwe wejrzenie w swoje niedostatki i słabości, aby podjąć próbę uwolnienia się od nich w sposób łagodny i cierpliwy. Myślę, że kobieta, która stwierdziła, że oto z dnia na dzień stała się wolna od uraz, tak naprawdę długo wewnętrznie do tego momentu dojrzewała. Jak my wszyscy mozolnie wspinała się na ową górę, z której nareszcie wszystko widać z dystansu, z lotu ptaka, w poczuciu upragnionej wolności. Kurs manifestacji cudów pomógł jej zrobić decydujący krok.

Kochać i nie osądzać Rozmawialiśmy na tych zajęciach o tym, czym jest duchowe uzdrawiane. Jest to, jak mówi Antoni, duchowe wskrzeszanie wiary. Jeśli mamy do czynienia z kimś, kto zwrócił się do nas o pomoc w tej kwestii, pamiętać musimy o sile jego przyzwyczajenia do starych wzorców i nie próbować ich oceniać i dyskwalifikować.

Podobną opinię usłyszałam w medytacji. Mieliśmy cofnąć się o 2000 lat i zawędrować do Palestyny. Tam ujrzeliśmy tłumy ludzi na brzegu jeziora Genezaret i mówiącego do nich człowieka. Rozpoznajemy Jezusa. Odtąd każdy z nas miał swoje własne doświadczenia ze spotkania z Jezusem, jak potem się okazało. Ja widziałam, jak podchodzą do niego chorzy, a on ich uzdrawia. Patrzę, jak to robi, co mówi, i co się dzieje w wyniku tego: ktoś krzyczy, że widzi, choć był ślepy, ktoś rzuca kule i zaczyna tańczyć. Podchodzę i ja blisko, a Jezus mnie zauważa, uśmiecha się i zaprasza, by stanąć obok niego. Pytam go, na czym polega jego sposób uzdrawiania. Odpowiada mi, że koncentruje się na boskim pierwiastku w człowieku, na jego boskiej istocie, na jego JA JESTEM, które jest obecne w każdym z nas. JESTEM oznacza obecność zdrowia i harmonii, a zatem Jezus całkowicie ignoruje chorobę i fakt, że człowiek mógłby być chory. Jezus zatem wykracza poza ludzkie wierzenie w prawdziwość choroby i buduje łączność między boskim pierwiastkiem, a człowieczym, doprowadzając tę informację do umysłu człowieka, do jego świadomości. Następuje wówczas zjednoczenie boskiego JA JESTEM w człowieku z jego człowieczą, zewnętrzną świadomością: element boski całkowicie wypełnia swoją obecnością ludzką świadomość. JEST TYLKO ON, BÓG W CZŁOWIEKU – dobro, harmonia, zdrowie. I realizuje się przykazanie: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Cudzych bogów, a więc choroby, zła, nienawiści, złości i wszystkich iluzji wymyślonych przez małe ludzkie „ja”. Zapytałam, czy ja też mogę tak uzdrawiać i jakie warunki musiałabym spełnić. Usłyszałam, że mam kochać i nie osądzać. Wówczas to pojęłam, na czym polega cała tajemnica cudu uzdrawiania. Stojąc blisko Jezusa czułam się jak w kokonie, gdzie jest się kochanym, bezpiecznym i wolnym. I to właśnie czuli ludzie, którzy do niego podchodzili. Każdy z nich po prostu czuł, że oto ktoś ich kocha, że stoją przed kimś, komu na nich zależy, że dla tego człowieka, który kładzie na nich rękę, nikt nie jest brudny, nędzny i niegodny, że ślepy, czy trędowaty, jest kimś ważnym i bliskim. Dzięki temu ogarnięciu przez miłość, przez uwagę i troskę, każdy z tych nieszczęśników był w stanie uwierzyć, że autentycznie jest kochany, a więc jest godny miłości. Błysk takiej myśli w świadomości sprawiał, że otwierali się na własne JA JESTEM, a wtedy boskie w tym człowieku ożywało i działało.

Bez winy i pokuszenia

Było wiele pięknej muzyki na tych zajęciach, były ćwiczenia mające na celu zapamiętanie pewnych technik i zasad pomagających wyzwolić w nas ukryty potencjał wiary i mocy. W medytacjach ukazywały nam się obrazy uruchamiające nowe kierunki myślenia na własny temat. Na ogół zatrzymywaliśmy je dla siebie, bo były zbyt osobiste, by o nich mówić. Były wewnętrzne spotkania z Jezusem, ale też przeżywane bardzo osobiście. Chętnie natomiast opowiadano o bieganiu po wodzie, tańczeniu po wodzie, chodzeniu po wodzie, bo towarzyszyła temu radość odkrywania nowych możliwości, które zdawały się wcześniej niedostępne. W JEGO obecności wszystko okazywało się możliwe. Zapewne na powtórzenie tej fantastycznej umiejętności na tafli jakiegoś pobliskiego jeziora jeszcze trochę przyjdzie nam poczekać, trzeba by albowiem przyswoić sobie praktycznie sens stwierdzenia, że wiara czyni cuda.

Dla mnie ważny na tych warsztatach okazał się aramejski tekst modlitwy „Ojcze nasz”. Wiadomo, że aramejski był językiem, jakim mówił Jezus. Należy zatem wnosić, że ten właśnie tekst jest najbliższy oryginałowi, a więc modlitwie podanej przez samego Jezusa. Przetłumaczył go na angielski Neil Douglas-Klotz. Usłyszeliśmy tutaj polskie tłumaczenie tej angielskiej wersji. Uderzyło mnie, że podana wersja modlitwy nie zawiera pojęcia winy ani pokusy czy też pokuszenia. Wnoszę zatem, że Jezus nie wpajał nam poczucia winy, ani nie twierdził, że Bóg wodzi nas na pokuszenie. Zamiast winy jest błąd: „i wybacz nam nasze błędy” oraz iluzja w miejsce kuszenia: „Niech nas iluzja nie uwodzi”.

Przyszło mi do głowy pod wpływem tych słów, że przecież tym, co najbardziej przeszkadza człowiekowi kochać siebie jest właśnie poczucie winy. Przeszkadza nam ono zrozumieć, że coś takiego jak kochanie siebie w ogóle jest możliwe. A tymczasem jak mogłoby zostać dane człowiekowi przykazanie: Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego, gdyby pierwszym obowiązkiem człowieka nie było „kochać siebie samego”? Jeśli wiemy, jak kochać siebie, będziemy wiedzieli jak kochać bliźniego. Naturalną zaś rzeczą jest kochanie siebie samego tylko wówczas, gdy wiemy, kim tak naprawdę jesteśmy: duchowymi dziećmi Boga. Stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, ale podobni do Niego nie naszym ograniczonym, niedoskonałym ciałem fizycznym, ale duchem. Bóg jest duchem – mówi Jezus w ewangelii (Jn 4,24). Ta duchowa nasza istota jest z pewnością godna kochania, bo jest boskiego pochodzenia. Jest zatem dobra, czysta i piękna. My jednak przywykliśmy oceniać siebie wedle tego, co widzimy, słyszymy, a widzimy i słyszymy istoty niedoskonałe tak bardzo, że dziwne nam się czasem wydaje, w czym to jesteśmy podobni do Boga, i co takiego w nas jest godne kochania. Od dzieciństwa albowiem wpaja nam się, że to, co mamy kochać znajduje się na zewnątrz nas, w pewnej od nas odległości. A dzieje się tak dlatego, że rodzice też nie kochają samych siebie w swoim wnętrzu jako Boskiej Istoty. Moim dalszym wnioskiem wypływającym z powyższych rozważań było przekonanie, że wobec tego ludzie jawią się jako rasa występująca przeciwko miłości i przeciwko sobie. Dlaczego tak się dzieje? Otóż dzieje się tak dlatego, że ludzie wolą kochać siebie jako istoty ludzkie, stąd też próbując kochać osobę, dochodzą do wniosku, że człowiecza osobowość – nie mogąc być doskonałą – niekoniecznie warta jest miłości. Dusza zachowuje pamięć o doskonałym obrazie siebie, czyli Chrystusa, który jako jedyny jest godny bezwarunkowej miłości, a taką miłością nie da się w pełni obdarzyć nieprzewidywalnego, kapryśnego człowieczego „ja”. I to właśnie jest źródłem dylematu związanego z człowieczą miłością.

Tak więc poczucie winy nosimy w sobie od dzieciństwa, o czym sporo się mówiło na tych warsztatach. Pomijając już tzw. grzech pierworodny, który z góry nas skazuje i pokazuje nam naszą niedoskonałość, zanim cokolwiek zdążyliśmy zrozumieć na tym świecie, to nasza bliższa i dalsza rodzina, rodzice, wujkowie, a potem sąsiedzi, nauczyciele potrafili zadbać o wywołanie w nas poczucia winy na tysiące różnych sposobów, przykładając jakieś wydumane wzorce przyzwoitego zachowania bezbronnemu maluchowi. Jak pewnej kilkuletniej dziewczynce, obecnie dorosłej kobiecie, która siedziała na tych warsztatach obok mnie. Dziewczynka chcąc mieć swoją szmacianą lalkę jak żywą, delikatnie jej ołówkiem narysowała kreseczkę u dołu brzuszka, takiego ”siusiaczka”. Zobaczyła to jej koleżanka i pobiegła na skargę do swojej mamy. Mama przybiegła, złapała się za głowę, nakrzyczała na dziecko, a potem pełna świętego oburzenia zaciągnęła nieszczęsną dziewczynkę do jej mamy. I tam dziecko słuchało, jak pani krzyczała, że jest zepsute, niedobre, że niebezpieczne dla innych dzieci. Najgorsze jednak było to, że własna mama podzieliła oburzenie oskarżycielki. I ta właśnie twarz matki, pełna potępienia, niezadowolenia, osądzająca, została na zawsze w pamięci dziewczynki. Kiedy potem szła przez życie, wystarczył bodaj cień podobnego wyrazu w czyjejś twarzy, żeby kuliła się wewnętrznie, czując się niegodna, gorsza, bezwartościowa. A wystarczyło, żeby matka przytuliła dziecko i zbagatelizowała całą sprawę, spokojnie uznając, że nic złego się nie stało i że ona nie widzi powodów do oskarżeń i oburzenia. Mogła mówić cokolwiek, byle dziewczynka czuła, że mama nie ma do niej pretensji i nie uważa jej za brudne, zepsute dziecko, którego się wstydzi. Poszłaby wówczas przez życie z wysoko podniesioną głową, mając poczucie bezpieczeństwa i nienaruszone poczucie własnej wartości. W jej wypadku nie było przecież mowy ani o winie, ani nawet o błędzie. Cóż, kiedy akurat „te sprawy”, to właśnie nasz ból, nieszczęsne tabu, które stało się przyczyną niejednej traumy.

Ze sferą wstydliwą wiążą się też i owe „pokuszenia” znane nam z polskiego tekstu modlitwy. Jakiekolwiek uleganie pokusie, to nie jest powód do dumy. Pokusa zakłada skłonność do tego, co nieczyste w pojęciu wymyślonej przez człowieka tradycji i obyczajowości, a przecież tego znaczenia nie ma słowo „iluzja”. Jezus życzył nam wszystkim, żebyśmy sięgali po prawdę, ukrytą za zasłoną iluzji. Zapewniał nas przecież, że kiedy poznamy prawdę, ona nas wyzwoli. Iluzją jest wszystko, absolutnie wszystko, co tę prawdę przesłania – nie tylko jakaś tam pokusa. Dotyczy sfery zakreślonej o wiele szerzej i usytuowanej o wiele wyżej, niż poziom zwykłej, ziemskiej czy ludzkiej pokusy. Dotyczy naszej istoty: kim jesteśmy? skąd przyszliśmy? jaki jest nasz cel? jakie jest nasze pochodzenie? Kiedy dowiemy się, gdzie jest nasz prawdziwy dom i kim jest nasz Ojciec-Matka, pryśnie iluzja. Dopóki iluzja nas uwodzi, dopóty nie jesteśmy wolni.

Tak więc nie od Jezusa pochodzą określenia, będące źródłem naszych skrzywień i odchyleń: wina i pokusa. Oto okazuje się, że on dwa tysiące lat temu użył słów, które dziś stosowane są w terapii – błąd i iluzja. Błąd nie domaga się kary, a iluzja to zasłona, którą wystarczy podnieść. I jakby w prezencie na porę rozpoczynającej się Ery Wodnika, czyli Ery Serca – z tej samej modlitwy jakże aktualna prośba, by Bóg z naszych serc uczynił swoją świątynię.

Były to zajęcia, na które zapraszany był Jezus do współpracy wielokrotnie, i zaiste, był on tam nie tylko w medytacjach uczestników, ale wręcz namacalnie poprzez tę cudowną modlitwę – tak starą, a tak nową! Dosłownie dał nam ją w darze, by pomogła uzdrowić dusze tych, którzy po to tu przyszli i by mogli ją ponieść dalej, uzdrawiając dusze innych. A kiedy zdrowa będzie dusza, wyzdrowieje i ciało.

A czym są tak naprawdę cuda? Przypomina mi się opowieść rosyjskiego myśliciela, Mikołaja Roericha, którą przeczytałam w jednym z jego esejów: „Pewna matka, trzymając na rękach niemowlę, pytała, co to jest cud. Pytała, dlaczego cuda nie przydarzają się w naszym życiu. Trzymając na rękach cud, pytała, co to jest cud. Jesteśmy otoczeni cudami, ale ślepi, nie widzimy ich. Jesteśmy nasyceni możliwościami, ale, ciemni, nie znamy ich. Przyjdźcie. Bierzcie. Budujcie.”

Może zatem warto by spojrzeć całkiem blisko w poszukiwaniu cudów, i uwierzyć, że one nam towarzyszą na co dzień?

Marta Figura